Schowek Twój schowek jest pusty
Twój koszyk jest pusty ...

Kategorie

Newsletter

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 

Kontakt

  • NIP: 777-236-29-42
  • E-mail:wrotyczrecords@op.pl
  • Godziny działania sklepuSklep on-line. Na wszystkie indywidualne zapytania staramy się odpowiadać w ciągu 24 godzin.
» Wave Gotik Treffen już 2 czerwca! Przeczytajcie, jak było rok temu!

Wave Gotik Treffen już 2 czerwca! Przeczytajcie, jak było rok temu!

Data dodania: 09-04-2017

Festiwale kochamy za muzykę, atmosferę, spotykanych ludzi, klimatyczne miejsca, śmieciowe jedzenie i piwo. Kolejność zależna od poziomu muzycznego, towarzystwa, miejsca i zaplecza kulinarno-barowego.  Wave Gotik Treffen kochamy właśnie w powyższej kolejności, nie kochamy tylko drogiego piwa, no ale jakaś rysa na ideale musi być, żeby był bardziej autentyczny. Lubimy też festiwalowe bibeloty: starannie wydrukowane bilety kolekcjonerskie, oryginalne opaski, naklejki, całą masę płatnych gadżetów (WGT specjalizuje się w parasolkach i tanim winie z oryginalną etykietą!), a także wielkoformatowy wydrukowany program, który na kilka dni staje się naszym planem dnia.

W tym miejscu powinniśmy powtórzyć coroczne narzekania, że wszyscy grają w tym samym czasie w zupełnie innych punktach miasta i pojawia się odwieczny dylemat co wybrać.  Dobra, bez narzekań, pierwszy dzień postanowiliśmy spędzić na terenie starych targów, w Volkspalast. W budynku tym znajdują się dwie sale koncertowe: większa, okrągła Kuppelhalle i bardziej kameralna Kantine. Na początek udaliśmy się do tej większej, gdzie występował Triarii. Christian Erdmann z silną sekcją perkusyjną przekonał nas na scenie swoją charyzmą i zaangażowaniem w wykonywane utwory. Na pewno można było je zauważyć w „Emperor of the sun” (wideo zbombardowanego miasta i płomienie na wielkim ekranie robiły takie wrażenie, że nikt nawet nie odważył się kaszlnąć), choć już „Roses 4 Rome” bez Ordo Rosarius Equilibrio zabrzmiał mniej porywająco. Publiczności i tak się podobało i podziękowała entuzjastycznie muzykom, by przejść do Volkspalast Kantine, gdzie na scenie pojawił się The Protagonist. My zostaliśmy w Kupellhale, aby mieć jak najlepsze miejsce na występ Derniere Volonte. Francuzi przyciągnęli sporą grupę fanów i sala była ciasno wypełniona aż po brzegi. Tradycyjnie najpierw pojawił się Andy za perkusją, później elektroniczny podkład i Geoffroy ze swoimi melodyjnymi kawałkami. Zespół  promował swój ostatni album Prie Pour Moi, więc wykonał kilka nowych utworów, ale nie zabrakło kawałków, które bez wątpienia można nazwać już hitami, m. in. La quai de la gare i La sentence est la meme. Na tym koncercie nie można stać bez ruchu udając mrocznego militarystę, no nie da się. Sala bujała się w rytm bitu i była to naprawdę dobra zabawa. Po niej przyszedł czas na lekkie schłodzenie nastrojów, w kantynie pojawił się na scenie Vril Jager. Dobrze się ostatnio dzieje w państwie duńskim, a to przede wszystkim za sprawą Kima z Of The Wand and the Moon. To niezwykle utalentowany artysta, który poza swoim głównym zespołem udziela się również w kilku mniej znanych projektach. Tworzy zatem spokojniejsze neofolki w Solanaceae, ale i mroczniejszą elektronikę w White Chamber oraz jako Les Chasseurs de la Nuit. Wszystkie interesujące i godne polecenia, tym bardziej ciekawi byliśmy zapowiadanego w kwietniowym newsletterze Tesco nowego tworu współtworzonego z Thomasem Bojdenem z Die Weisse Rose. Opis nie zdradzał wiele, choć hasło „promoters of doom and total death!” raczej eliminowało sielskie klimaty. No i będąc już na sali zdaliśmy sobie sprawę, że naprawdę możemy zapomnieć o jakichkolwiek melodiach i ciepłym głosie Kima. Lato Muminków, a zima Vril Jager. Panowie ubrani byli w kurtki maskujące na śnieg, na twarzach mieli maski, a na ekranie przewijały się śnieżne pejzaże, lodowe wodospady i ośnieżone szczyty górskie. Muzycznie sporo perkusji, dzwoneczki do klimatu i wokalne wyziewy. W sumie mógłby ktoś rzec nic oryginalnego, choć właśnie poprzez koncept ten arktyczny post industrial mógł się sporej grupie podobać. A, no i browar w dłoni cały czas był zimny. Wracając  na kilka chwil przenieśliśmy się do sali obok, aby zerknąć na jubileuszowy koncert jednej z najbardziej znanych par bliźniaków na szeroko rozumianej scenie alternatywnej – braci z In the Nursery. 35 lat na scenie budzi wielki respekt tym bardziej, że zespół cały czas jest aktywny i to nie w zakresie koncertowego odcinania kuponów od starych przebojów, ale jako nagrywający nowe materiały. W piątkowy wieczór zespół występował na scenie ze swoim tradycyjnym instrumentarium, w którym niemałą rolę odgrywają perkusje i bębny, prezentując całą masę swoich przebojów. W sumie ponad 90 minut grania z czego my niestety widzieliśmy kilka wybranych utworów. Zmęczenie dawało już nam się we znaki, a plan zobaczenia bandu również dzień później sprawiał, że nie mieliśmy aż takich wyrzutów sumienia.

W sobotnie popołudnie In the Nursery wystąpił w sali teatralnej Schauspielhaus. Podwójny występ zespołu to już pewna tradycja WGT, za każdym razem oprócz standardowego koncertu Anglicy tworzyli na żywo ilustrację muzyczną do filmu, m.in. do „Joanny d’Arc”. Tym razem zmierzyli się z kultowym „The Fall Of The House of Usher” z 1928 roku, bazującym na opowiadaniu Edgara Allana Poe. Muzycy stworzyli mroczny nastrój i momentami naprawdę wiało grozą. Podczas koncertu/projekcji, podobnie jak na filmie, powstawał obraz – portret Madeline.
Po In The Nursery na scenie pojawiła się Rosa Rubea. Nie znaliśmy wcześniej tego projektu, spieszyliśmy się na Position Parallele, jednak zostaliśmy aby zobaczyć choć część występu. Rekomendacją był dla nas fakt, iż zespół wydaje w Old Europa Cafe. Zespół opisuje swoją twórczość jako eksperymentalne połączenie muzyki, poezji i sztuk wizualnych. Rzeczywiście trafnie, na scenie sporo się działo: od katarynek i dzwonków tybetańskich po mocne partie perkusyjne. Mocną stroną grupy jest charakterystyczna wokalistka, Daniela Bedeski, prawdziwa diva zmieniająca kreację po każdym kawałku. To jedna z tych wokalistek, która może zachwycić sceniczną charyzmą, ale i zmęczyć wysokimi tonami, na które lubi wchodzić. Nie było nam dane zostać do końca, opuściliśmy salę nie do końca pewni, czy coś tracimy, czy czujemy ulgę.
W Stadbad, byłej łaźni miejskiej, udało nam się stanąć przed samymi barierkami – idealne miejsce na oglądanie Position Parallele. Dla niewtajemniczonych: jest to projekt Geoffroy z Derniere Volonte. Scenę zalał dym, a później już bit. Pojawił się tradycyjnie najpierw Andy, później Geoffroy w swojej bardziej rozrywkowej odsłonie. Łaźnię wypełniły dźwięki perfekcyjnego electro popu, publiczność zareagowała spontanicznie tańcząc, śpiewając, oklaskując wokalistę. Geoffroy, który w odsłonie DV zawsze sprawia wrażenie niedostępnego, skupionego i wycofanego, gdy występuje jako PP zmienia się w bożyszcze tłumu. I nie chodzi o okulary aviator i obcisłą czarną koszulkę: chłopak wie, jak się bawić na scenie. Fantastycznie tańczy, trochę przypomina w tym Dave’a z Depeche Mode, i naprawdę cieszy się swoją muzyką. Udziela się to publiczności i po godzinnym występie mieliśmy zakwasy, banany na twarzy i poczucie, że tego wieczoru już nic innego nie sprawi nam przyjemności. Udaliśmy się więc grzecznie do pokoju, by zebrać energię na nasz ostatni dzień festiwalowy.

Niedzielny wieczór spędziliśmy w Altes Landratsamt, który zgromadził liczne rzesze fanów neofolk. Całość rozpoczął Backworld choć my na dobre rozpoczęliśmy ucztę muzyczną od występu Rose Mc Dowall z zespołem. Nie do końca byliśmy pewni czego można się spodziewać po wiedźmie w płaszczu podbitym czerwienią i w kapeluszu z Helloween, ale przecież kontrowersyjny strój od zawsze był znakiem rozpoznawczym boskiej Rose. Śpiewała z największymi, jak choćby Current 93, Death in June, Nature and Organisation, Psychic TV, Boydem Rice, a na lipskiej scenie udowodniła, że żaden z tych zespołów nie był jej do niczego potrzebny. Gdy zaczęła śpiewać, wybaczyliśmy jej tandetny kapelusz. Świetny głos, energia sceniczna, uśmiech na twarzy, gdzieś przez przypadek, przy poprawianiu sukienki, ukazana podwiązka – fantastyczne przedstawienie. Nam szczególnie zapadło w pamięci przejmujące wykonanie „Stone is very cold”.
Sunset Wings – dla nas był to najważniejszy koncert na tym festiwalu, bo to w końcu zespół z naszej wytwórni. Jesteśmy bardzo szczęśliwi i dumni, że Aleks i Tanja wydają właśnie u nas. Zagrali również na naszym Wrotycz Festiwalu w Poznaniu i wiemy, że robią to świetnie. Występy na Wave Gotik Treffen są jednak dla zespołów bardzo stresujące. To duża, opiniotwórcza publiczność, przed którą każdy chce wypaść jak najlepiej, a brak czasu nie pozwala na zrobienie pełnej próby dźwięku. My też się trochę stresowaliśmy, bo znamy nietypowe instrumentarium Sunset Wings małe dzwoneczki, drumle, katarynki i baliśmy się o to, jak wybrzmią w Altes Landratsamt. Tanja i Aleks pojawili się na scenie ze skrzypaczką i wiolonczelistką, rozpoczęli od intro, w którym usłyszeliśmy samplowany śpiew ptaków. Za zespołem wyświetlany był las i muzycy zabrali nas właśnie w podróż do lasu. Gitara, smyczki, melodyka, dzwoneczki, elementy perkusyjne, ciepły głos Aleksa i niebiański głos Tanji – wszystko od początku do końca zabrzmiało perfekcyjnie. Publiczność stała jak zaczarowana aż do momentu, gdy samplowany śpiew ptaków zamknął całość i zakończył występ. Muzycy zebrali zasłużone brawa. Mamy nadzieję, że nie był to ich ostatni występ na tym festiwalu.
Wieczór kończył występ Of The Wand and The Moon. Ekipa Kima to profesjonaliści i starzy wyjadacze sceniczni, na Wave Gotik Treffen pojawili się już szósty raz. Ewentualne wątpliwości dotyczyły tylko tego, które z hitów zmieszczą się w secie zaplanowanym na godzinę i 20 minut. Na szczęście nie zabrakło „Sunspot”, „I crave for you”, „Tear it apart” i „Absence” i cały koncert był dla nas naprawdę dobrym zakończeniem XXV Wave Gotik Treffen. Trzy dni minęły niczym kilka godzin. Pozostały dobre wspomnienia i odliczanie do kolejnej edycji, która już 2 czerwca. Do zobaczenia!
 
 
 
Przejdź do strony głównej
Oprogramowanie sklepu shopgold.pl