Schowek Twój schowek jest pusty
Twój koszyk jest pusty ...

Kategorie

Newsletter

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 

Kontakt

  • NIP: 777-236-29-42
  • E-mail:wrotyczrecords@op.pl
  • Godziny działania sklepuSklep on-line. Na wszystkie indywidualne zapytania staramy się odpowiadać w ciągu 24 godzin.
» Relacja z Wave Gotik Treffen 2015 - tegoroczna edycja już od 13 maja!

Relacja z Wave Gotik Treffen 2015 - tegoroczna edycja już od 13 maja!

Data dodania: 10-04-2016

Ze względu na fakt, że Wave Gotik Treffen odbywa się późną wiosną, wiele osób zalicza ten festiwal do imprez letnich. To właśnie w Lipsku zaczyna się sezon, który potrwa do sierpnia, a może i kilka tygodni dłużej. Wiele osób jadąc tu wyciąga po raz pierwszy w danym roku swoje namioty i śpiwory. Organizatorzy gwarantują miejsce na olbrzymim polu namiotowym, ale cała masa ludzi rezerwuje też pokoje w hotelach i prywatnych kwaterach. Lipsk to piękne miasto z olbrzymią liczbą zabytków i parków. W XIX-wiecznych dzielnicach tylko samochody na ulicach przypominają o tym, że czas się jednak nie zatrzymał, a lipy, którym miasto zawdzięcza swoją nazwę, pachną zapewne tak samo pięknie od kilkuset lat. To wszystko powoduje, że tak bardzo czeka się na ten festiwal i tak chętnie chce się tu przyjeżdżać. My w tym roku mieliśmy dodatkowe szczęście, ponieważ korzystając z uprzejmości znajomych nocowaliśmy w dzielnicy Connewitz, tuż obok kultowego już klubu Werk II, w którym przez lata podczas festiwalu odbywały się koncerty kapel zrzeszonych w Cold Meat Industry, z Brighter Death Now na czele. To, co najbardziej przyciąga fanów, to oczywiście zespoły, które ostatnimi laty meldują się tu w liczbie ok. 200. Od początku roku można śledzić festiwalową stronę, na którą wrzucane są jedynie potwierdzone na 100% kapele, a na kilka tygodni przed samym wydarzeniem pojawia się szczegółowa rozpiska „kto, gdzie, kiedy?”. Renoma festiwalu jest tak duża, że to właśnie tu zobaczyć można koncerty jubileuszowe gwiazd, albo wręcz takie zespoły, które ponownie pojawiają się po latach niebytu na scenie. Usłyszeć tu można zarówno debiutantów, jak i śmietankę tej na ogół bardziej mrocznej alternatywy. W tym roku ponownie na scenie zameldowały się kultowe zespoły (np. DAF), były wyczekiwane debiuty i koncerty, których się obawialiśmy, ale jak się potem okazało niepotrzebnie. Niektóre z nich udało nam się zobaczyć jedynie w części, ale taki to już urok tego festiwalu i konsekwencja przeskakiwania z miejsca na miejsce.
No ale od początku, bo parafrazując klasyczny tekst ze statku na każdym festiwalu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy. Rozpoczynamy zatem od piątkowego występu Mushroom’s Patience. To tego koncertu właśnie się trochę obawialiśmy. Może to dlatego, że twórczość Raffaele kojarzyliśmy głównie z płytą „Roma, Wien” i trochę późniejszymi „From the Mountain” oraz „Water”. A na nich dużo było eksperymentu i dusznej atmosfery, połamanych dźwięków i psychodelii. I baliśmy się jak to wszystko wypadnie na scenie. Jak jeden człowiek to wszystko ogarnie? Bo przecież kiedyś nagrywał razem z Jurgenem z Novy Svet, ale ten drugi dawno temu wycofał się ze sceny. Można go co prawda usłyszeć na ostatnim albumie O Paradis, ale na scenie już się nie pojawia. Było więc pewne ryzyko, może nawet trochę więcej niż pewne. Nasze obawy zostały jednak szybko rozwiane. Na scenie wraz z maestro wystąpił cały zespół. Było psychodelicznie, ale z pewnością nie duszno. Właściwie mocno na luzie i bardzo energetycznie. Raffaele i wokalistka Echo na pewno umówili się, że wychodzą na scenę na totalnym casualu (jeansy, koszula w ludziki, kapelusik, szerokie spodnie, czapeczka, bluza z potworem). Klawiszowiec Vinz może trochę odstawał ubrany w koszulę z dużym kołnierzem i marynarkę. W ciemnych okularach zarówno za moogiem, jak i śpiewając mógł powodować westchnienia niektórych dziewcząt tudzież chłopców. Żeby widz pewny był, iż należy nurzać się w abstrakcji na ekranie wyświetlane były przeróżne amatorskie zdjęcia, no choćby owce, maszyna rolnicza albo budka telefoniczna. Nie można było się nudzić, a tak się baliśmy. Głównodowodzący kolektywem robił sobie z publicznością zdjęcia (miniaparatem trzymanym w kieszeni koszuli). Zespół zagrał głównie materiał z ostatniego albumu „Jellyfish”, a utwór „Subconsciousness Thrill”, podobnie jak na płycie, wykonali razem z Genevieve Pasquier. I nawet nie zorientowaliśmy się jak szybko minęła godzina tego wariactwa. Doskonały set na początek festiwalu.
Szybkie przegrupowanie i już po chwili wraz z pozostałą częścią widowni mogliśmy oglądać szwedzki duet Sophia. Ten, może dla zachowania równowagi naturalnej, niestety nas już tak nie zachwycił. Chyba zrażały trochę podkłady puszczane z laptopa. Niby to jasne, że w dwójkę nie da się odegrać całej orkiestry, ale śpiew i bęben, w porywach blacha, niestety dupy nie urywały. Klimat momentami był, ale lepiej słucha się martial w ich wykonaniu z płyty. Na pewno o wiele lepszy występ Peter i Cecilia Bjärgö odnotowali 4 lata temu tu w Lipsku, choć oczywiście wówczas była to rzeźnia współtworzona z Karjalan Sissit. A ponieważ w ogóle najlepsi są jako Arcana (przy czym też z płyt, a nie koncertowania), po chwili daliśmy sobie spokój i udaliśmy się na zewnątrz celem nabycia drogą kupna piwa i tradycyjnego bratwursta. Jako bonus zaliczyliśmy przed wejściem przemiłą pogawędkę z Raffaele i Echo, którym w pierwszej kolejności gratulowaliśmy przecudnego koncertu, później przedyskutowaliśmy zagrożenia związane z lataniem samolotami, aby na końcu życzyć sobie równie miłego spotkania za kilka miesięcy we Wrocławiu. I pewnie nawet trochę dłużej byśmy gaworzyli, ale zbliżał się gwóźdź piątkowego programu.
Wyczekiwany przez wielu występ tych, którzy mają czelność łączyć w sobie nazwy Death in June oraz Rome, a nade wszystko bawić się neofolkiem i odgrywać na tę nutę covery mainstreamowych gwiazd. Przez część zapewne uznany za profanatorów, przez innych za odważnych grajków ze znacznym poczuciem humoru. Death in Rome otoczony jest nie tyle mgiełką, a mgłą tajemnicy. Bo właściwie poza świetnie przerobionymi utworami i równie elegancko dobranymi video niewiele wiadomo o jego twórcach. Jego członkowie nie są znani z imienia i nazwiska, nie wiadomo czy są muzykami z innych zespołów. I anonimowi postanowili pozostać również na koncercie zakrywając swoje twarze chustami (wokalista dodatkowo występował w czapce i okularach). Znajomi, z którymi teoretycznie dzielili backstage, również niewiele potrafili powiedzieć na ich temat. Godzinny występ zaczął się dość nietypowo jak na cover band. Na samym początku na scenie pojawili się jedynie perkusista i elektronik, którzy przez ładnych parę minut tworzyli mroczne intro. Po nim pojawił się wreszcie i trzeci muzyk, ale na dobry wieczór, ku zaskoczeniu wielu, z głośników popłynęła muzyka marszowa, z wybębnionym rytmem, klawiszami i przeplatana samplami. Dobre, ale chyba wszyscy czekali na przeróbki, które na szczęście pojawiły się po chwili. Na pierwszy ogień poszedł Technotronic ze skocznym „Pump Up The Jam”, później George Michael z pościelowym „Careless Whisper”, a wśród pozostałych hitów znalazły się jeszcze A-HA, Rihanna, Miley Cyrus i Aqua z „Barbie Girl”. Wszystko zagrane z odpowiednim kopem i neofolkowym klimatem. W tle świetnie dobrane video, choć różniące się od tych z teledysków. To trochę paradoks, ale nie można im odmówić oryginalności w tym co robią. Jest jeszcze oczywiście Down in June, ale to trochę inna bajka. Koncert w każdym razie przedni, ale muzycy nadal pozostają zagadką.
Inaczej niż w przypadku kolejnego bandu, a więc formacji Kirlian Camera, gdzie wszystko co do muzyków i ich hierarchii było i jest jasne. Pomimo faktu, że był to pierwszy z dwóch koncertów na tegorocznym WGT ilość zgromadzonych fanów robiła duże wrażenie. Największy ścisk panował naturalnie pod sceną, ale któż by nie chciał zobaczyć z bliska Eleny. Przepięknej wokalistki, która kokietuje, flirtuje i uwodzi publiczność. Jest prawdziwą divą rozdającą uśmiechy, odrzucającą włosy i ręce niczym włoska artystka operowa. Na scenie pojawił się fortepian, na którym Angelo zaczął wystukiwać melodie. Później było głośno, ale jakby mniej elektronicznie. Zamieszanie próbowali robić dwaj gitarzyści, ale ich rockowe pozy nie przypadły nam za bardzo do gustu i utwierdziły w przekonaniu, że powinniśmy udać się na zasłużony wypoczynek.

W planach na kolejny dzień znalazł się koncert Roma Amor – Włosi otwierali tego dnia występy w Altes Landratsamt. Nie przepadamy za tą miejscówką, bo mała, z filarami, dźwięk się dziwnie załamuje i niesie, sensowny jest jedynie pod sceną. Roma Amor widzieliśmy już kilka razy, sami mieliśmy okazję organizować ich koncert kilka lat temu w Poznaniu. Muzycy na scenie używają harmonijki, pianoli, kastanietów, cymbałek – właśnie z tego powodu obawialiśmy się ich koncertu, bo dźwiękowcy WGT nie zawsze dobrze sobie radzą z instrumentarium wybiegającym poza gitarę i perkusję. Tym razem stanęli jednak na wysokości zadania, wszystko brzmiało naprawdę dobrze. Zespół po raz pierwszy zagrał w rozszerzonym składzie, z perkusistą. Muzycy pojawili się na scenie, Euski rytualnie poprawiła krawat Michele i przedstawienie się rozpoczęło. Piosenki zabrzmiały energiczniej, mocniej, głównie te z ostatniego albumu „Una torbida estate”. Znalazło się jednak miejsce na stare, nastrojowe ballady w klimacie „A cosa pensi?”, a także popisowy numer wrażliwości i możliwości wokalnych Euski - cover piosenki Brela „Amsterdam” w wersji Bowiego, po angielsku. Zespół został świetnie przyjęty przez publiczność i mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócą do Lipska ze swoją wspaniałą muzyką i energią.
Aby zmienić trochę klimat postanowiliśmy udać się do Stadtbad, w której między innymi tego wieczoru pojawiły się kolejno Crash Course in Science, Minuit Machine oraz Automelodi. Z pewnością udając się do miejskiej pływalni przed skokiem do basenu należy sprawdzić czy jest w nim woda. W tym nie było, ale i tak nie mogliśmy narzekać na brak atrakcji. Crash Course in Science powstało pod koniec lat ’70 i używało do swoich muzycznych eksperymentów m.in. zabawek dziecięcych. Co prawda muzycy dawno już zamienili je na syntezatory i komputery, ale energia pozostała w nich dziecięca. Prawdziwy żywioł elektroniczny na scenie. Nie bez przyczyny nazywani są również ojcami chrzestnymi muzyki techno. Inspirują od lat, ale wiele młodych zespołów mogłoby się uczyć od nich z tego koncertu jak zrobić rozpierduchę na scenie ku dużej uciesze fanów. Zupełnie odmienny klimat wprowadziły na scenę francuski z projektu Minuit Machine. Duet znacznie ostudził  atmosferę mrocznymi syntezatorami i wokalami. Kilka świateł na scenie, projektor. Minimal jak się patrzy i słucha. Miało nie być wody, a jednak była zimna fala. Na koniec w tej miejscówce ponowne przyspieszenie czyli występ Automelodi z Kanady. Tym razem duet męski (choć głównym rozgrywającym jest tu jedna osoba - Arnaud Lazlaud), a względem poprzedniego setu do syntezatorów i wokali dołączyła gitara. Trochę synth popu, trochę zimnej fali, ale to recepta na udany występ. Arnaud, ubrany w marynarską koszulę, szalał na scenie i właściwie energią mógłby obdzielić kilkuosobowy zespół. Nam panowie przypominali trochę Position Parallele, ale może zbyt mocno sugerowaliśmy się tekstami wyśpiewywanymi po francusku. W każdym razie nogi same się wyginały do tańca, a ręce składały do klaskania.  Bardzo dobra i duża dawka elektroniki, która tego wieczoru spięta została jednak folkową klamrą ponieważ na koniec powróciliśmy do Altes Landratsamt na występ Sol Invictus. Tony Wakeford i spółka stawili się w komplecie zapełniając scenę klasycznym instrumentarium. I w zasadzie niczym nie zaskoczyli: występ, jak zawsze, profesjonalny, mocny. Wakeford w bardzo dobrej formie, nie tylko wokalnej. Na kilku kawałkach gościnnie wystąpiła z Sol Invictus Jo Quail ze swoją elektryczną wiolonczelą (o Jo będzie jeszcze kilka zdań niżej), którą wprowadziła nowe brzmienie m.in. do utworu „Sawney Bean” z kultowego albumu „Black Europe”.
 
W niedzielę się nie odpoczywa. Bynajmniej nie w Lipsku. Tego dnia zaliczyliśmy aż trzy lokalizacje (nie licząc odwiedzin lokalu wyborczego) muzyczną podróż rozpoczynając od Schauspielhaus i występu Jo Quail. Dla porządku przypomnijmy, że miejscem występu jest teatr. Świetna jest tu akustyka, widoczność, niezwykły klimat, a grała tu choćby Wardruna. Wracając jednak do Jo był to jej kolejny występ na WGT. Lata temu pojawiła się tutaj jeszcze w duecie jako SonVer, a później już solo w 2011 roku. Artystka to z pewnością nietuzinkowa, bo niewiele jest takich osób w ogóle, które swoją karierę solową związały z elektryczną wiolonczelą. Instrument stworzony zapewne na zamówienie wyglądał niesamowicie. I niesamowicie na nim Jo Quail zagrała. Używając tej samej techniki co Matt Howden zapętlała i dogrywała kolejne dźwięki, które następnie stanowić mogły tło dla konkretnych melodii. Niezwykle klimatyczny koncert. Trochę jakby mieszanka muzyki poważnej i średniowiecznej. Wielka szkoda, że pod koniec musieliśmy się ewakuować na kolejny występ.
Na usprawiedliwienie napiszmy, że kolejny na liście był King Dude. To taki ni to król, ni to gostek ze Stanów, którego ledwie liznęliśmy przed wyjazdem do Lipska, ale skoro większość naszych znajomych miała go na liście „must to see”, postanowiliśmy skorzystać z okazji i również przyjrzeć się temu panu. Nie tylko my, bo w Kuppelhalle zgromadziła się spora mniej lub bardziej zorientowana w temacie publika. Na scenie pojawił się facet z gitarą i butelką whiskey, który po prostu uwiódł nas swoimi balladami. „Deal with the Devil”czy „Lord I’m coming home” zabrzmiały mrocznie i klimatycznie, przywołując oczywiste skojarzenia z Jhonnem Cashem czy Simone Salvatori w wersji solowej. King Dude gra mroczne kawałki, ale jest otwartym gościem z dużym poczuciem humoru. Było więc miejsce na listę życzeń – publiczność wykrzykiwała tytuły, a on po prostu je grał. No chyba że nie pamiętał akordów lub tekstu, do czego z rozbrajającą szczerością się przyznawał. Na życzenie publiczności nie zabrakło „Lucifer’s the light of the world” – koncertowego hitu, w którym publiczność odpowiada na pytanie śpiewającego. Oprócz świetnych, dobrze zagranych piosenek, nie zabrakło żartów o miejscu z największą ilością lateksu na metr kwadratowy, a gdy po czterdziestu minutach King Dude zapytał „Czy ktoś wie jak długo muszę grać, żeby mi zapłacili?” wiedzieliśmy, że koncert zbliża się ku końcowi. Ale był naprawdę dobry, relaksujący występ.
Zmiana lokalizacji i klimatu. Ze starych terenów targowych przenieśliśmy się do kazamatów, aby mroczne ballady zamienić na bezkompromisową jatkę elektroniczną. Niewielu przedstawicieli sceny power electronics trafia na tę imprezę, z tym większą ciekawością chcieliśmy usłyszeć co mają do zaoferowania muzycy z Sektion B. A ci, jak nie trudno było przewidzieć, atakowali od pierwszej do ostatniej minuty wszelkie receptory przybyłych do Moritzbastei śmiałków. Dwa charakterystycznie przesterowane wokale i potężny łomot z okablowanych urządzeń wspieranych laptopem. Wszystko to ziało ze sceny odgrodzonej od reszty żółtą policyjną taśmą z napisem „crime scene do not cross”. Do tego sugestywne filmy w tle. Zamieszki i protesty, chaos na ulicach. Brutalny przekaz bez upiększeń. Po takim secie trochę się człowiek zaczyna martwić o świat. Pomyśleliśmy, że może kolejny występ będzie mniej przygnębiający? A następnym na liście i ostatnim tego dnia był Last Dominion Lost, którzy zamienili brutalność na industrialną psychodelię. Skąpani w półmroku i zastawieni całą masą maszynerii przez pierwszą część koncertu eksperymentowali kolektywnie hałasując. Wokalista z twarzą opasaną bandażami sprawiał wrażenie naturalnie obłąkanego, choć mógł to być również efekt wcześniej zastosowanych dopalaczy. W drugiej części muzyka niewiarygodnie zeszła na drugi plan gdyż na scenie ku zaskoczeniu znakomitej większości osób pojawiła się postać kobiety. Ubrana skąpo, z pomalowaną na zielono twarzą, z krzyżem Ankh na szyi, ciężarnym brzuchem, w którym nosiła olbrzymiego pająka i czymś na kształt korony ze skarabeuszem najbardziej kojarzyła się z egipską boginią Neit (ale to tylko nasze domysły, bo specami od mitologii nie jesteśmy). Magiczny taniec, krwiste, czerwone wino i rytualne pląsy. Dziewczyna swoim wdziękiem wszystkich bez wyjątku oczarowała. A Last Dominion Lost raz jeszcze potwierdził, że jest zespołem klasowym i niezwykle oryginalnym. No bo takiego zakończenia niedzieli się nie spodziewaliśmy.

Wyjątek potwierdza regułę, a więc można czasem lubić poniedziałek. Po leniwym poranku ponownie odwiedziliśmy Altes Landratsamt, aby zerknąć na występ Spiral 69. Chłopaki z Rzymu otwierali tego dnia występy. Pojawiliśmy się tam z dwóch powodów: po pierwsze chcieliśmy zobaczyć, czy zespół przekona nas do siebie na żywo, a po drugie nie mogliśmy sobie odmówić okazji do przybicia piątki z Andreą, perkusistą, który związany jest ze Spiritual Front. Piątkę przybiliśmy, a co do muzyki, to musimy przyznać, że na żywo połączenie new romantic z rockowym graniem brzmi lepiej niż na kawałkach studyjnych. Chłopaki dawali z siebie naprawdę dużo, poruszyli grupkę zgromadzoną pod sceną. My pewnie nie sięgniemy ponownie po płytę, ale amatorom takiego grania mogło się podobać.
Aby tradycji stało się zadość udaliśmy się również na koncert Łotyszy ze Skyforger. Grupa ta po pięciu latach wyczekiwania wydała nową płytę zatytułowaną „Senprusija”, więc był powód do wyruszenia w trasę i zawitania z repertuarem pogańskich pieśni metalowych również do Lipska, a dokładnie do Kohlrabizirkus. Ubrani w tradycyjne stroje wojów muzycy z dumą i werwą śpiewali o swojej historii. Każdy prawie utwór poprzedzając komentarzem o jego genezie, aby publika jeszcze lepiej wczuła się w klimat i zrozumiała przesłanie. Choć w sumie wszystko było zagrane tak naturalnie, że i bez tych podpowiedzi można by wyczuć konkretne emocje zawarte w danym utworze. Bardzo klimatyczny koncert, gdzie folk i metal przenikały się wzajemnie. Świetne riffy i melodyjne refreny. Koncert podobny do występów litewskiego Obtest, ale to właśnie przez tą charakterystyczną naturalność i dzikość Bałtów. Na sam koniec przenieśliśmy się jeszcze do Kuppelhalle, gdzie praktycznie od wielu lat kończą się nasze festiwalowe poniedziałki. Tam na sam koniec zobaczyliśmy Clock DVA. Projekt pojawił się dokładnie w tej samej lokalizacji 4 lata temu, niedługo po swojej reaktywacji z 15-letniego niebytu. Wówczas na środku sali zbudowano specjalny sześcian, do którego weszli muzycy i tam zawiadowali elektroniczną aparaturą. W tym roku zaniechano takich eksperymentów tym bardziej, że dało się wówczas słyszeć głosy krytyki dotyczące dźwięku. Zaczęło się od intra, podczas którego na scenę weszli muzycy. Ubrani w białe uniformy przypominali trochę załogę Coil. W pewnych momentach nawet i muzyczne skojarzenia z tym projektem byłyby na miejscu. Zagrali zarówno nowe utwory, jak i te najbardziej znane, starsze kompozycje. Był więc „The Konstruktor” i „Kabaret 13” z materiału „Clock 2” wydanego na sticku, jak na specjalistów od zaawansowanych technologii przystało. Zagrano też „Sound Mirror” oraz „The Hacker”. Tym razem dźwięk był czysty i dynamiczny, wszystko zagrało bez zarzutu. Po koncercie pozostał jedynie żal, że to ostatni set tego festiwalu. W przyszłym roku będziemy mieli jednak konkretny jubileusz (25 edycja), więc już teraz można szykować prezenty dla organizatorów, a dla siebie tworzyć listę życzeń z ulubionymi zespołami.

www.wave-gotik-treffen.de

 

Przejdź do strony głównej
Oprogramowanie sklepu shopgold.pl