Schowek Twój schowek jest pusty
Twój koszyk jest pusty ...

Kategorie

Newsletter

Prześlij nam swój adres e-mail, a my powiadomimy Cię o nowych produktach, najlepszych cenach, promocjach i wyprzedażach.

 

Kontakt

  • NIP: 777-236-29-42
  • E-mail:wrotyczrecords@op.pl
  • Godziny działania sklepuSklep on-line. Na wszystkie indywidualne zapytania staramy się odpowiadać w ciągu 24 godzin.
» 23 WGT - relacja. Już 22 maja kolejna edycja!

23 WGT - relacja. Już 22 maja kolejna edycja!

Data dodania: 03-05-2015

Zawsze we wstępie do tego festiwalu pisaliśmy o tym jak wiele kapel tu występuje, jak duża jest ilość lokalizacji i jak trudnych należy dokonywać wyborów, gdy w jednym czasie grają ulubione kapele (dwie to najmniejszy dylemat, bo czasem jest ich kilka). W tym roku postanowiliśmy jeszcze bardziej skomplikować sobie wyjazd. Do grupy faworytów dorzuciliśmy bowiem część projektów zarekomendowanych przez organizatorów. Czyli odkrywamy nowe talenty i oglądamy klasykę gatunków.
Piątek to Volkspalast - lokalizacja, w której spędziliśmy chyba jak dotąd najwięcej całego festiwalowego czasu. Na początek 7JK, a więc połączone siły chłopaków z Wrocławia i dżentelmena z Sheffield. Elektronika Job Karmy i skrzypce Matta Howdena to genialne połączenie. Brzmi to wszystko świetnie na płycie, a ze sceny wprost kipi energia. Ciekawe jak oni często mają wspólne próby, bo wyglądają jak trio z jednego miasta. No, ale to profesjonaliści. Te typy tak mają. Ah Cama-Sotz wprowadził zupełnie odmienny klimat. Bywa, że podczas setów tego projektu na scenie dominują instrumenty perkusyjne, a widz atakowany jest stroboskopami. Nic z tych rzeczy tego wieczoru. Herman Klapholz zafundował zgromadzonym godzinny set mrocznego ambientu. A mroczne było w tym momencie dosłownie wszystko. Muzyka z zaśpiewami, film w tle i sama lokalizacja. Jednym słowem rytuał. Jak to dobrze, że Joy of Life postawili się reaktywować jakiś czas temu. Zespół uraczył nas wspaniałym koncertem. Chyba jednym z lepszych podczas tej edycji. Na scenie oprócz Garego Careya, perkusisty i klawiszowca pojawił się kolaborujący przeważnie z Death in June Miro Snejdr, oczywiście z akordeonem. Było zarówno folkowo i spokojnie, wręcz balladowo i romantycznie, czasem jednak bass Garego nadawał szybsze tempo podkręcając piosenki i nadając im punkowego charakteru. Na sam koniec koncertu na scenie pojawił się Rüdiger z Apoptose wraz z bębniarzami z Fanfarenzug Leipzig. Wówczas nawet Miro zdradził na chwilę swój instrument i stanął za bębnem, a niemieckie sejsmogramy oszalały wskazując epicentrum w mieście Lipsk. Jak się trochę uspokoiło na drugiej scenie zainstalował się Desiderii Marginis. To był klimatyczny, ponury występ. Bez melodii i kolorów. Czarno-szary, mroczny ambient. Czas po apokalipsie, gdzie słychać tylko szumy i hałasy przewalającej się stali. Oczywiście szwedzkiej – to najlepsza jakość. Po Desiderii przyszła kolej na gwiazdę wieczoru – Six Comm. Patrick, jak na gwiazdę przystało, kazał publiczności czekać sprawdzając raz jeszcze każdy kabel, położenie każdej grzechotki, działanie trąbki. Podał ją nawet publiczności do sprawdzenia – kokietując, bo nie wierzę, że nie potrafił wydobyć z niej dźwięku. Na scenie towarzyszyli mu Gaya z AntiChild League na bębnach oraz Gernot Musch współtworzący z Tonym Wakefordem Twa Corbies, wcześniej związany z Pilori i Golgatha. W tle płomienie i runiczne logo, camuflage i maski – wizualnie wszystko dokładnie tak, jak trzeba. I muzycznie! Industrialne, mocne bębny, mocny i czysty głos Patricka. Pojawiająca się trąbka była jednak najsłabszym elementem koncertu, ale  40 minut występu przeleciało jak, hmmmm, z bicza strzelił. Bez wątpienia w pamięci pozostanie „The Torture Garden” z pięknie zbudowanym napięciem, samplami, świetnym wokalem.
Drugi dzień postanowiliśmy rozpocząć od obejrzenia koncertu Lebanon Hanover. Był nawet taki plan, aby posiedzieć dłużej w lokalizacji Theaterfabrik, ale tu pogoda pokrzyżowała nam szyki. A konkretnie upał, który dawał się we znaki wszystkim. Zarówno publiczności, jak i zespołowi. Bo ten zaczynał koncert drugi raz ze względu na pomyłkę i złe zgranie. Zimna fala pozostawała więc jedynie na scenie i nie przelewała się za bardzo na publikę. Bujanie się  do gitary basowej Wiliama  groziło ryzykiem totalnego przegrzania organizmu, choć niski głos Larissy właściwie namawiał do samounicestwienia. Ona sama miała chyba podobny plan, bo śpiewając obwiązywała sobie szyję kablem od gitary. Dobrze znaliśmy praktycznie jedynie Gallowdance i jego nie mogło zabraknąć tego popołudnia. Reszty słuchało się też świetnie, ale walczący o przetrwanie rozum wygrał w końcu z sercem i do samej końcówki niestety nie dotrwaliśmy. Na marginesie trzeba dodać, że była to najgorętsza edycja Wave Gotik Treffen z 13. na jakich byliśmy. W ukropie skierowaliśmy się więc do Altes Landratsamt zobaczyć Albireon. Grubsze mury budynku gwarantowały niższą temperaturę niż w poprzedniej lokalizacji i już sam ten fakt wpłynął na nasze lepsze samopoczucie. Racząc się pilsem z plastikowego kubka oglądaliśmy więc rodaków Simone (nie będziemy pisać Petrarki, bo nie wszyscy go znają) . Ci, jak to Włosi, z natury byli uradowani, więc atmosfera była wyśmienita. Krótki wstęp po angielsku przed każdym utworem i w stronę publiki płynął gitarowy neofolk. Taki charakterystyczny,  południowy, z energią na zewnątrz, a nie do wewnątrz jak to czasem się grywa w tym gatunku. Po Włochach na scenie pojawił się Matt Howden, by na kilkadziesiąt minut zaczarować publiczność swoim smyczkiem i loopami. Zobaczyliśmy tylko początek tego występu – doskonały, jak to u profesjonalisty pokroju Matta. Mieliśmy szczęście widzieć Sieben już wcześniej, więc skuszeni rekomendacją Jana Rogera ze Svartsinn (o Svartsinnie jeszcze będzie, ale przy okazji należy przypomnieć, że „Treffen” znaczy spotkanie i na festiwalu tym spotyka się wielu znajomych; niektórych co roku i tylko tam; niektórych po latach i tylko tam; niektórych po latach i staje się to inspiracją do kolejnych spotkań) pojechaliśmy do Kohlrabizirkus na Hamferd. Wyspy Owcze znane są przede wszystkim z grindadráp, czyli tradycyjnego sztyletowania w wodach przybrzeżnych waleni oraz z wysokich przegranych ich reprezentacji w piłkę nożną (w praktycznie wszystkich eliminacjach). Od niedawna nowym znakiem rozpoznawczym jest właśnie Hamferd grający death/doom metal. Z pewnością to właśnie pochodzenie muzyków przyciąga uwagę, ale po chwili odsłuchu okazuje się, że biją oni na głowę jakością setki innych bandów grających w tym stylu. W pokaźnej hali koncertowej wprost zmiażdżyli oni publikę swoimi rozbudowanymi utworami, a przede wszystkim umiejętnościami wokalnymi Jona Aldara, który z łatwością przeplatał growling z czystym wokalem. Niesamowity klimat i wielkie emocje. W pewnym sensie coś nowego i oryginalnego. Trzeba śledzić ich poczynania, bo za chwilę powinno być o nich naprawdę głośno. Po Farerczykach szybko wracamy do poprzedniej lokalizacji, aby zobaczyć kilka utworów Argine. I tu podobnie jak przy Albireon nie możemy narzekać na klimat sączący się ze sceny. Instrumentarium wzbogacone o wspaniałe i tak charakterystyczne dla tego zespołu skrzypce. Do tego wokalistka. Teksty po włosku. Chciałoby się to plastikowe piwo zamienić na kieliszek schłodzonego białego wina. W sumie po chwili instaluje się Sonne Hagal, więc niech będzie to niemiecki riesling. Ta formacja zawsze gromadzi w klubach tłumy i ma swoich wiernych fanów, więc tym razem nie mogło być inaczej. Neofolkowe i dark folkowe ballady urzekały słuchaczy w ostatnim secie tego wieczoru. Było i mrocznie, trochę złowieszczo i onirycznie. Bardzo dobry set na zakończenie tak upalnego dnia choć przyznamy, że oglądaliśmy go już na awaryjnym zasilaniu.
Podobno w niedzielę się odpoczywa. Nic z tych rzeczy, w każdym razie nie w Lipsku. Trzeciego dnia rozpoczęliśmy nasz muzyczny maraton od koncertu The Devil & The Universe. Zupełnie ich nie znaliśmy, ale zdaliśmy się na kuszące rekomendacje organizatorów. No i nie zawiedliśmy się. Na scenie pojawiło się trzech mnichów z głowami kozłów, muzyka z intro przypominała ścieżki dźwiękowe z niskobudżetowych horrorów o satanistach, więc gdy panowie zaczęli kreślić w powietrzu symbole znane ze zdjęć Crowleya, pojawiło się pytanie: zaraz, zaraz, oni tak na serio?! Po dark ambientowym wstępie kozły rozkręciły się, muzyka stawała się coraz bardziej rytmiczna, chciałoby się rzec prawie electro, ale tak naprawdę, trudno te dźwięki sklasyfikować. Zespół sam określa je jako goat wave i niech tak już zostanie. Im muzyka stawała się bardziej „taneczna”, tym bardziej muzycy porywali tłum, który poruszał się, jak diabły zagrały. I tym bardziej rozwiewały się wątpliwości dotyczące ideologicznego zaangażowania kozłów – w wyświetlanych wizualizacjach kozły toczyły walkę ze… stacjonarnym rowerkiem i hantlami. Jakie czasy, taki diabeł, chciałoby się rzec. W finałowym numerze na scenę wyskoczył różowy, pluszowy jednorożec, który odtańczył niezapomniany taniec radości. Najmocniejszym numerem występu okazał się cover KLF „What time is love?” – niezwykłe pytanie wykrzyczane z ogromną energią. Projekt jest nowy, ale bardzo aktywny wydawniczo i koncertowo – z pewnością będziemy śledzili diabelskie poczynania. Tym bardziej, że stoi za nimi osoba Ashleya Dayoura z Whispers in The Shadow.
Niewiele czasu mieliśmy na odetchnięcie po diabelskim secie, bo zaraz po nim trafiliśmy na koncert The Lost Rivers. W tym przypadku też skorzystaliśmy z podpowiedzi i podobnie jak poprzednio się nie zawiedliśmy. Niemieckie trio grające noise rock potrzebowało niecałą godzinę, aby totalnie namieszać w umysłach słuchaczy. To było istne wariactwo i kakofonia. Ściany gitarowego hałasu i perkusistka szalejąca za bębnami. Do tego stroboskopy, aby oczom nie było lżej. Muzyczne oczyszczenie dla tych co wytrwali do końca, a było ich sporo. Jak dalej tak będą młócić to pewnie na plakatach festiwalowych będą się pojawiać w spisie coraz wyżej i coraz to większą czcionką. W każdym razie tego im życzymy. Po takim koncercie trzeba było zaczerpnąć świeżego powietrza zahaczając oczywiście o bar serwujący pszeniczne piwo. I tak żeśmy to powietrze czerpali (no dobra, nie tylko powietrze), że wróciliśmy do Kantine dopiero na Finów z Beastmilk. Kapelę, o której od pewnego czasu było coraz głośniej. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrze przyjętej debiutanckiej płyty „Climax”, no i elektryzującego wokalisty Mathew „Kvohst” MacNerneya, Brytyjczyka wcześniej udzielającego się w takich kapelach jak Dødheimsgard czy Code. W opisach ich twórczości bardzo często wskazuje się na pewien miks Joy Division i The Cult. Pewne jest jednak to, że ich utwory posiadają niezwykłą energię i chwytające melodie, a to przecież gwarancja prawie każdego sukcesu. Jeżeli przyjmiemy zasadę, że zespół potwierdza swoją wielkość na koncertach to tu naprawdę było dobrze. Przy czym należy zaznaczyć, że Mathew  potrafi skupić na sobie uwagę, a jego pląsy na scenie są wyjątkowe i charakterystyczne. Czad punk rockowy i świetny wokal. Po kilku utworach musieliśmy niestety uciekać do Parkbuhne na Satyricon. Ten dla równowagi nie zachwycił, ale chyba jest dla nich usprawiedliwienie. Norwegowie zagrali jeszcze za jasnego, a dla black metalowej hordy to raczej słaba aura. Satyr wyglądał mało przekonująco przed styropianowym trójzębem przytroczonym do statywu z mikrofonem (choć na to chyba już zespół miał wpływ). Nie urzekły nas mniej znane utwory z ostatnich płyt, a zapewne te z Dark Medieval Times i Shadowthrone były grane na samym końcu. Mimo wszystko miło (czy to aby słowo na miejscu) było zobaczyć choć część ich występu na żywo, ale WGT rządzi się brutalnymi prawami i kolejnym, a zarazem ostatnim punktem dnia pozostał Primordial, na który udaliśmy się do wioski pogańskiej (Heidnisches Dorf). Irlandczycy już poprzedniego dnia zagrali w Kohlabizirkus przed opisywanym wcześniej Hamferd oraz Orphaned Land. We wiosce, na niewielkich rozmiarów scenie, grają przeważnie zespoły stricte folkowe, są piszczałki, dudy, generalnie instrumenty dawne i muzyka średniowieczna. Tak było wcześniej, bo w tym roku (i chyba również już w zeszłym) scena była duża i w pełni profesjonalna. Bywało też, że bardziej znane zespoły grały we wiosce swój drugi set i różnił się on od tego zagranego w hali czy innej lokalizacji. Myśleliśmy zatem, że chłopaki zagrają tu trochę lżej, może właśnie bardziej folkowo albo akustycznie. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że to było kompletnie błędne rozumowanie. Alan i spółka rozpędzili się od samego początku i nie zwolnili do końca. Nam udało się dostać pod samą scenę i zobaczyć tak calutki koncert. I była to kolejna wygrana batalia Celtów. Melodyjne, ale z odpowiednią dozą ciężaru gitary. Potężna perkusja i charyzmatyczny wokalista z dumą wyśpiewujący hymny o synach Szmaragdowej Wyspy. Mega luta i wspaniałe zakończenie dnia. W Lipsku dni mijają bardzo szybko i ani się spostrzegliśmy, jak pozostał nam jeszcze tylko festiwalowy poniedziałek. Ten ponownie i wyłącznie już spędziliśmy w Volkspalast na oglądaniu i słuchaniu, ale też wielu spotkaniach towarzyskich – wszak to ostatni moment, aby pogadać ze znajomymi. Rozpoczęło się dość surrealistycznym i psychodelicznym setem Konstruktivists podczas, którego Glenn Michael Wallis melodeklamował poszczególne utwory z towarzyszeniem mniej lub bardziej rytmicznej elektroniki. Ubrany w cylinder i czarny uniform z białym pasem na kroczu prezentował się ekstrawagancko, a charakterystyczny makijaż jednego oka przywoływał mocne skojarzenie: „Mechaniczna pomarańcza". Do tego pokręcone wizualizacje w tle i mieliśmy niezły zakręt na dzień dobry. Odpuściliśmy sobie występ Dominicka Fernowa z Vatican Shadow, który chyba bardziej znany jest ze swojego innego projektu – Prurient, aby powrócić na kosmiczny Land:Fire. Henry i Frank od lat już potwierdzają swoją klasę tworząc na koncertach nieziemską atmosferę. Przestrzenny ambient z samplami i wspaniale dobranymi wizualizacjami wprawiają słuchacza/widza w stan nieważkości. Tak było i tego wieczoru. Gdyby nie balast w postaci kufla z piwem z pewnością byśmy lewitowali. Sardh podzielił losy Vatican Shadow i ostatnim setem jaki zobaczyliśmy tego wieczoru był Svartsinn. Janowi udało się tym razem przełamać trochę konwencję typowego koncertu dark ambientowego. Co prawda nadal siedział on w półmroku ze swoim laptopem (i winem), ale obok niego na scenie pojawił się wiolonczelista (co trzeba przyznać nie jest typowym widokiem na takich imprezach). Ideą było stworzenie muzycznego podkładu do filmu lecącego w tle i oczywiście jak przystało na gatunek muzyczny reprezentowany przez Norwega wizualizacje były rodem z horroru. Patent z instrumentem z pewnością się sprawdził. Wiolonczela uzupełniała mroczne pejzaże, a całość trzymała w napięciu. Można było oczywiście spoglądać na obu muzyków, ale większość czasu wzrok nasz przykuty był do dużego ekranu podwieszonego między Amundem, a Janem. Cały koncert minął nam szybko i tylko żal, że zakończył on tegoroczny maraton. Jest jednak jedna dobra wiadomość na koniec. Na kolejną edycję trzeba czekać niecały rok, do 22 maja.
 
 
Przejdź do strony głównej
Oprogramowanie sklepu shopgold.pl